logo

Obserwatorzy

niedziela, 21 sierpnia 2016

Liebster Award po raz drugi!!!

Witajcie, moje, najukochańsze żuczki!
Właśnie się dowiedziałam, że zostałam po raz drugi w ciągu miesiąca nominowana do Liebster Award! Tym razem zaszczyt ten spotkał mnie dzięki Rinkashi Meari.


1. Co Cię skłoniło do założenia bloga?
   Jak byłam mała, w telewizji leciało pewne anime: Shaman King. Po kilku latach, a konkretnie to w gimnazjum, zobaczyłam powiązanego z nim art'a. Postanowiłam przypomnieć sobie swoją ulubioną bajkę z dzieciństwa i obejrzałam ją jeszcze raz. Po zakończeniu serii mój świat oczywiście się załamał (xD), a ja potrzebowałam więcej i więcej, i więcej przygód młodych szamanów, dlatego zaczęłam czytać fanfiction - pisane w większości przez dzieci z podstawówki, które chyba nie rozumiały, że kopiowanie cudzych prac i podpisywanie się pod nimi to przestępstwo... Dlatego właśnie na koniec 2012 roku sama zaczęłam pisać swoje opowiadania na blogach, w tym właśnie kilka ff o Shaman Kingu.

2. Jakimi wartościami w życiu się kierujesz?
    Pozerstwu mówię zdecydowanie nie! Tak samo jak pustym ludziom, szukającym korzyści w znajomościach i wykorzystywaniem drugiego człowieka (nie wiem, czy o to chodziło)

3. Co masz zamiar zrobić ze swoim życiem?
    Chciałabym zostać pisarką i dziennikarką, psychologiem, dekoratorką wnętrz i archeologiem. Mam w planach kiedyś udać się również na japonistykę i marketing.

4. Co myślisz o graczach Pokemon Go?
    Cóż... Nic konkretnego, to tylko chwilowa rozrywka.

5. Co sprawia Ci przyjemność?
   Wiele rzeczy ^^ Przyjemność sprawia mi... gorąca kawa z mlekiem pita podczas czytania dobrej książki. Zawinięta w mega, super, ultra mięciutki kocyk, czuję jego cudownie przyjemny dotyk na skórze i ciepło termoforka na brzuszku :3 Oprócz tego jeszcze położenie się przed snem w łóżeczku z moją ulubioną poduszką - marchewką (jest ofc mega, super, ultra, mięciusia), z kotkiem u boku ( jej futerko jest ofc mega, super, ultra mięciusie xD) i przykrycie mega, super, ultra mięciusim kocykiem.
Do przyjemności zaliczam też jedzenie lodów, frytek, naleśników ze szpinakiem i słuchanie muzyki.

6. Czy potrafisz udzielić pierwszej pomocy?
   A jako tako potrafię, na zajęciach szło mi dobrze ale to było dwa i pół roku temu, więc teraz pewnie nie było by tak gładko. Chociaż moje gdybanie jest trochę bez sensu, bo przecież człowiek pod presją zachowuje się inaczej i nie jestem w stanie przewidzieć, czy może byłabym zmobilizowana do udzielenia pomocy, czy raczej spanikowałabym i dostała parkinsona. Who knows?

7. Co byś zrobiła będąc świadkiem potrącenia bezdomnego kociaka?
   Na pewno bałabym się go dotknąć, żeby czasem nie sprawić mu bólu albo nie uszkodzić go jeszcze bardziej, ale zadzwoniłabym po pomoc (weterynarz? pogotowie?). Podobno należy powiadomić Straż Miejską, ale szczerze mówiąc, to nie mam pojęcia. Najchętniej bym też takiego malca później przygarnęła. Jak to się mówi: "normalna byłam trzy koty temu"

8. Dlaczego bawisz się w LBA?
   Może i Liebster Award tak naprawdę nic nie robi, nie przynosi nam żadnych większych korzyści. Nie sprawia, że nagle zyskujesz czytelników albo, że np widniejesz na jakiejś ekskluzywnej liście top200/100/10/5 blogów itp. Może i LBA to zwykła zabawa, która polega na zadawaniu pytań i nominowaniu się nawzajem, ale jednak mino wszystko (przynajmniej mi) sprawia radość, pokazuje, że ktoś na tyle docenia Twoją pracę, że aż zarezerwował dla Ciebie jedno z jedenastu miejsc na swojej liście.

9. Co myślisz o osobie, która wierzy w jednorożce?
    Od razu na myśl przyszła mi Nanani-chan.
A jednorożce to takie dziwne? Ludzie wierzą w różne rzeczy, w duchy, w karmę, w tarota, w Boga... Niech każdy wierzy w co mu się podoba i super. To nie moja sprawa.
Osobiście sama akceptuję fakt, iż może mogą na świecie istnieć duchy, czasami czuję się, jakby mój dom był nawiedzony (mieszkam w ponad stu letniej kamienicy i wielu twierdzi, że takie miejsca temu sprzyjają). Wierzę też w ową karmę, i w magię kart. Wiele rzeczy, które wywróżyła mi mama mojej najlepszej przyjaciółki (która jest z zawodu prawnikiem, a nie jakąś tam wróżką, której trzeba "dać w łapę") się sprawdziło. W owe jednorożce nie wierzę, to dziwne, ale wydają mi się one zbyt abstrakcyjnym zjawiskiem, by mogły być prawdziwe, ale kto wie?

10. Co byś zrobiła, gdybyś mogła decydować, kto na świecie zasługuje na śmierć?
   Pobawiłabym się w Yagamiego Lighta z Death Note. Chciałabym się po prostu pozbyć ze świata tych wszystkich terrorystów, którzy zagrażają życiu tylu istnieniom na kuli Ziemskiej. Żyjemy w takich czasach, że aż strach się bać, non stop można usłyszeć w telewizji o jakimś zamachu, to mnie przeraża, nie mogę uwierzyć, że świat stoczył się do takiego poziomu.

11. Co byś pomyślała o człowieku, który w zemście zgwałcił gwałciciela?
    Jestem w życiu bardzo pamiętliwa, ale nie wiem, co bym zrobiła w takiej sytuacji. Z zasady nie wtrącam się w życie innych, bo mam swoje i nie interesują mnie inni. Więc nie wiem, co bym sobie pomyślała. Pewnie nic.


Już kilkanaście dni temu to wypełniłam i jak zwykle sprawiło mi to ogromną przyjemność. Przez ten długi czas zastawiałam się nad swoimi pytaniami i nominacjami. 
I z przykrością stwierdziłam, że nie mam kogo nominowac. Kiedyś czytałam mnóstwo blogów, ale one już od dawna są pozawieszane, a z ostatniego LBA odzew miałam tylko od 2 blogerów.
Tym razem nikogo nie nominuję i mam nadzieję, że kiedy następnym razem ktoś przyzna mi ten zaszczyt, będę mogła z dumą kontynuować tą tradycję.
Tym czasem kompletuję listę trwających blogów.
Jeszcze raz dziękuję!
Pozdrawiam, Winter Blackrose

piątek, 12 sierpnia 2016

GRANICA DZIEWIĄTA: Komplikacje

   Otworzyłam powieki. W głowie nadal szumiało mi od namiaru zgromadzonej w organizmie energii. Im więcej ćwiczę, tym więcej czasu upływa od rozpoczęcia procesu podnoszenia mojego ciała i umysłu na wyższy poziom. Z każdym dniem czuję się coraz gorzej. Całe ciało mi drętwieje, przez co mam wrażenie, że nie należy do mnie, to nie są wibracje, które znam. W głowie mi szumi, wszystko widzę jakby w zwolnionym tempie. Jakby przeciążony zbyt dużą ilością informacji i odbieranych bodźców mózg nie nadążał ich przetwarzać. Cały otaczający mnie świat, włącznie z mym ciałem i umysłem był mi obcy. I wiem, że nic już nie będzie takie, jak dawniej, nawet moje myśli nie należały już do mnie. To, co powstało w wyniku zdobywania wiedzy i praktykowania zdolności parapsychicznych to już nie ja. Napływające nowe myśli rozproszyły kroki w korytarzu, które słyszałam odkąd pojawiły się na tym piętrze. Powiedziałam „proszę” zanim gość zdążył zapukać i drzwi otworzyły się szeroko. Do pomieszczenia weszła dawno mi nie widziana współprzywódczyni wyrzutków. 
– Cieszę się, że jednak postanowiłaś się do nas przyłączyć. Witamy w wyrzutkach.
– Wciąż nie mogę uwierzyć, że daliście taką nazwę. – Próbowałam opanować drżenie głosu, co wyszło mi jako-tako, nie potrafiłam powstrzymać pojawiającego się mi na twarzy rumieńca. Próbowałam być spokojna i zachowywać się w miarę normalnie, ale nieśmiałość, jak zawsze pokrzyżowała mi plany. Egh… Nienawidzę być centrum uwagi. – To bardzo dołujące, nie uważasz? – Wyrażanie publicznie swojego zdania, któremu nie towarzyszy zwyczajowe: jak ci się coś nie podoba, to spadaj na drzewo, albo oberwiesz, zdecydowanie nie jest w moim stylu.
        – Oj wiesz, że to na naszą cześć. To ma nam przypominać, kim byliśmy i jak daleko udało nam się zajść bez niczyjej pomocy, pomimo przeciwności losu. Z resztą… Nie tylko nam. Cały świat pozna naszą siłę i determinację. Kiedyś my, Wyrzutki trafimy na szczyt, a wtedy fakt, że kiedyś byliśmy nikim, nie będzie się liczył. To wspaniała motywacja, prawda? Wiesz, jak to się mówi – od zera do milionera. – Zaśmiała się. W jej głosie było słychać ogromną nadzieję i wiarę w swoje możliwości.
      – Najważniejsze to mierzyć wysoko, co nie? – Chciałam się trochę rozluźnić i zażartować. Miałam żal do siebie, że wciąż nie umiem zachowywać się normalnie. Ale jak można być normalnym, kiedy przez prawie szesnaście lat żyło się z dala od ludzi, samotnie, łażąc nocami po lasach i rozmawiając ze zwierzętami? To aż cud, że kompletnie nie zdziczałam. Mimo to rudowłosa zdawała się nie zwracać najmniejszej uwagi na moje ubytki w umiejętnościach personalnych, jakby rozumiała moją sytuację. W ramach naszej jakże urokliwej pogawędki odpowiedziała:
      – Przed nami jeszcze długa droga. Jesteśmy zaledwie u stóp góry lodowej, którą musimy pokonać, aby wspiąć się na szczyt, ale dzielnie przemy przed siebie. I nie ważne, jak bardzo nam jej ciężko, nie poddamy się. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by przyszłe pokolenia takich, jak my mogły żyć w normalnych, ludzkich warunkach, a nie na ulicach, czy pod mostami, jak większość z nas.
    – Nie narzekaj na to, że musisz iść pod górkę, skoro zmierzasz na szczyt. Właśnie to, że byliśmy nikim, że byliśmy słabi i z niczym, czyni nas tymi, którzy później będą najsilniejsi. Jako słabi będziemy walczyć i jako słabi nieustannie przeć naprzód. Jaki słabi będziemy pokonywać silnych. Wiesz, dlaczego odniesiemy sukces, Celestio? Dodawać sił będzie nam myśl, że mimo to, że urodziliśmy się z niczym, świat skłoni nam się u stóp. – Te słowa niczym wartki strumyk popłynęły z moich ust. Nagle poczułam wiążącą solidarność z tymi ludźmi. Nie miałam pojęcia, skąd znam te słowa. Dałabym nawet sobie rękę uciąć, że nigdy wcześniej ich nie widziałam, ani nie słyszałam, ale mój umysł najwyraźniej tak.
     – Dobrze to ujęłaś.
    – To nie do końca ja. – Przyznałam się z wahaniem. – Nie jestem do końca pewna, czy to moje słowa. – Nie wiem, na ile mogę jej obecnie zaufać, ale chyba wystarczy, jak na razie nie będę mówić jej całej prawdy. Dziewczyna  bez słowa wpatrywała się we mnie, wyczekując szczegółów. Westchnęłam zrezygnowana i zaczęłam mówić.
     – Od kilku dni ćwiczę nowe techniki. Wiem o nich tylko to, że są bardzo trudne do opanowania, wyczerpujące i zmieniają nas pod każdym względem. – Kątem oka obserwowałam jej reakcję. Wpatrywała się zamyślona w pustą ścianę naprzeciwko.
     – Co masz na myśli mówiąc o tej całej „zmianie”. – Nakreśliła palcami cudzysłów w powietrzu.
     – Tak myślę, że dzięki tym praktykom ciało i umysł dostają lekkiego kopa. Coś takiego, co sprawia, że zmysły są wyostrzone, lepsza sprawność fizyczna i umysł myśli innymi torami. Czuję się jakbym wskoczyła na wyższy poziom. Jeszcze nie przyzwyczaiłam się do nowego stanu, ale jest coraz lepiej. – Skłamałam. Było ze mną coraz gorzej, ale nie chciałam, żeby ktokolwiek o tym wiedział. Celestia jako moja przełożona i belferka mogłaby chcieć zakazać mi nauki, a ja nie chciałam, by ktoś wchodził z butami do mojego życia, nawet jeśli teraz miałybyśmy być „rodziną”, jak to oni lubią siebie nazywać. Moje życie, moje decyzje, moje ryzyko, nie jej zmartwienie.
       – My nowych umiejętności uczymy się od siebie nawzajem, co już doskonale wiesz, ale jak ty dowiedziałaś się o nowej technice? Z tego, co wiemy, nie ma żadnych pisanych źródeł na temat naszych zdolności. Wiele razy usilnie próbowaliśmy szukać jakiś ksiąg czy dokumentów opisujących naszą rasę, ale zawsze z tym samym, marnym skutkiem. – Zauważyła, a ja modliłam się w duchu, żebym tylko się nie zarumieniła. Gdy upewniłam się już, że zarówno moja twarz, jak i głos nie zdradzą mnie z kolejnym kłamstwem, zaczęłam opowiadać:
     – Miewam takie sny, w których widuję siebie ćwiczącą różne techniki. – Ostrożnie na nią spojrzałam, obserwując uważnie jej reakcję. – A gdy już opanuję dany materiał, sen się zmienia.
      – Sny, tak? – Zmarszczyła brwi. Wstrzymałam oddech oczekując konfrontacji z prawdą. W głowie na szybko układałam mniej więcej przebieg możliwej kłótni i argumenty, którymi się posłużę. Wnet usłyszałam: – To musi być coś rodzaju Onejromancji. Co prawda nie zauważyłam u Ciebie cech szczególnych, dla  paranormalnych z tą specjalizacją, ale nie możemy niczego wykluczyć. Wciąż mamy zdecydowanie za mało informacji o naszych zdolnościach. – Wyciągnęła biały notes z kieszeni bojówek, które zakładała na treningi i zapisała coś w nim pośpiesznie na paru kartkach. W tym czasie z ulgą i w osłupieniu przyswajałam informacje. W moim mózgu zapaliła się jakby jakaś lampka, ale za nic w świecie nie potrafiłam połączyć ze sobą oczywistych faktów. Jakby nagle dwa plus dwa było równe pięć tysięcy razy siedemset dziewięćdziesiąt pięć podzielone na pi.
    – Onejromancja to, jak wspólnie ustaliliśmy, m.in. przewidywanie przyszłości za pomocą interpretacji snów, rytuałów, przeczuć, wróżeniu i takie tam… – Wyjaśniła natychmiast i zrobiła taką minę, jakby próbowała odwrócić uwagę od niedopowiedzeń jej wypowiedzi. Zmarszczyłam brwi i zerknęłam na nią ostro. Uciekała przed moim spojrzeniem krzyczącym wręcz: nie ze mną takie numery, droga panno! – Wiesz, ciężko nam zbierać i kompletować informacje o całej rasie na podstawie obserwacji garstki osób. Nie ma nas nawet dwudziestu, a populacja ziemi wynosi około siedem miliardów ludzi.! – Oburzyła się. – W dodatku każdy kolejny członek wnosi inne dane do naszej kroniki! Gdyby było nas co najmniej pięćdziesięciu, i informacje pokrywałyby się ze sobą chociaż częściowo, moglibyśmy zacząć klasyfikować się na jakieś grupy.  Wszystko, co wliczyliśmy w skład Onejromancji zaliczyliśmy do jednego, biorąc pod uwagę ich silne podobieństwo, ale tak naprawdę nie możemy mieś stu procentowej pewności co do tego, że wszystko jest przyporządkowane dobrze. – Spojrzała na mnie takim wzrokiem, że nie wiedzieć czemu miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Intensywność jej spojrzenia dawała mi pewność, że dziewczyna mówi prawdę i nie chce dłużej drążyć tematu. Widać było po niej, że jest niezadowolona z sytuacji, w której się znajdują. Milczałam więc, nie bardzo wiedząc, co dalej. Spojrzałam przez okno i mimo, że dałabym sobie rękę uciąć, że kiedy odwiedziła mnie Celestia, świeciło słońce, lecz teraz ujrzałam tylko księżyc w pełni. Księżyc i bezgraniczną ciemność rozświetloną gdzie nie gdzie delikatnym blaskiem gwiazd.
    – Co do…O Cholera. – Już się odwracałam do rudowłosej, żeby spytać ją, o co tu chodzi, gdy nagle urwałam. Dzięki mojemu nowemu, ulepszonemu ciału poczułam jak źrenice zwężają mi się w przypływie zaskoczenia i paraliżującego strachu. Serce zwolniło rytmu, jakby czas zwolnił tempa, po czym gwałtownie przyspieszyło. Na miejscu belferki siedziało teraz… Bliżej nie określone coś. Sceneria w pomieszczeniu zmieniła się na czarno-białą. Chłód, który w jednym momencie ogarnął pomieszczenie wywołał ciarki na moim ciele. Podczas, gdy ja lustrowałam wzrokiem demoniczną postać. Z moich ust raz po raz wydobywały się białe obłoczki. Kobieta, bo tak po dłuższym zastanowieniu się, określiłabym jej płeć, siedziała z opuszczoną głową na drewnianym krześle. Kruczoczarne włosy, poplątane w wielu miejscach oblepione były pewną ciemną substancją, której pochodzenia wolałabym nie znać. Długie kołtuny opadały na ubrudzoną, bladą twarz, niemal całkowicie ją zasłaniając. Mówię niemal, ponieważ chyba nic nie byłoby w stanie ukryć przed światem tych niewyobrażalnie wielkich, co ostrych kłów, które były tak duże, że dziewczyna nie mogła zamknąć ust, nie kalecząc ich przy tym, czego efektem była ściekająca bo brodzie krew. W ręku dzierżyła kosę o ozdobnym i niewątpliwie piekielnie ostrym ostrzu. Chociaż się nie ruszała, nie miałam wątpliwości, że  oddycha i ma się świetnie, czym doprowadzała mnie do szału. Fakt, że może zaatakować mnie znienacka w każdej chwili, przerażał mnie bardziej niż sama wizja ataku. Niepewność i nieobliczalność była nie do zniesienia. Przestałam trząść się ze strachu i obawy o swoje dalsze losy dokładnie w momencie, gdy kobieta uniosła lekko głowę, by móc na mnie spojrzeć. Ponownie zamarłam i nie potrafiąc się poruszyć, czekałam na bieg wydarzeń. Zachłysnęłam się powietrzem w chwili, w której dostrzegłam jej iskrzące się, intensywnie zielone tęczówki, tak bardzo mi znajome. Gdy myślałam, że zaraz padnę na zawał, dostrzegłam coś jeszcze. Za krzesłem było postawione lustro, to samo, które wyśniłam w koszmarze jakiś czas temu. Najbardziej zaskakujące było to, że przedmiot zgodnie z działaniem jego praw powinien odbijać tył postaci na krześle i mnie, czego zdecydowanie nie robiło. Modląc się do wszystkich Bogów świata zmusiłam się, by oderwać oczy od przeklętego  przedmiotu i spojrzałam na siebie. Ze strachu i desperacji łzy poleciały mi ciurkiem po policzkach, przygryzłam wargi. Jak na zawołanie, dokładnie tak, jak się tego spodziewałam, siedziałam na starym, drewnianym krześle. Przeniosłam wzrok na demona. Teraz i ona przygryzała kłami swe pokaleczone usta, z których ciekła krew mieszające sicze słonymi łzami. Demoniczna i mroczniejsza ja uśmiechnęła się do mnie, gdy poczułam ciecz kapiącą mi z brody i lekkie szczypanie ust. Nie musiałam patrzeć na swoje kolana, by przekonać się, co za substancja na nie skapuje. Załkałam głośno. Wiedziona dzikim przerażeniem ryczałam w głos. Nie miałam nad sobą żadnej kontroli. Druga ja przypomniała sobie za to o swoim narzędziu, które postanowiła wypróbować sobie na ręce. Skóra na lewym przedramieniu zapiekła mnie gwałtownie, a ja nie mogłam nawet drgnąć. Wydarłam się z całej siły, bo to była akurat jedyna czynność, którą byłam w stanie wykonać. Gardło zdzierałam sobie do momentu, gdy poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. Nie miała siły ani odwagi oglądać się za siebie i sprawdzać, co tym razem zgotował mi los. Wzrok nieprzerwanie miałam utkwiony w demonie. Z jego oczu płynęły krwawe łzy. Z grymasem na twarzy patrzyłam, jak wyciąga sobie z ręki ostrze kosy i ryje nim sobie na skórze jakieś znaki. Synchronicznie do jej ruchów ponownie krzyknęłam. Mimo palącego bólu w ręce, zdartego do krwi gardła, wciąż byłam przytomna, chodź wolałabym umrzeć. Gdybym mogła tylko wydobyć z siebie coś innego niż skrzek, nie wiem, czy czasami nie byłabym tak zdesperowana, że złamałabym swoją najważniejszą zasadę i zaczęłabym błagać o śmierć. Przyrzekłam sobie kiedyś, by nigdy nie okazywać słabości, czego właśnie z resztą nie robię. To słabe i żałosne, tak, wiem, ale w tej chwili nie jestem w stanie myśleć racjonalnie. Przez pryzmat bólu dostrzegłam, że demon ma na prawej dłoni taką samą bliznę, jak ja, a na twarzy maluje się taki sam strach i ból, który zawładnął mną. To ostatnie, co mój mózg zdążył zarejestrować. Później ręka zaciskająca się na mojej szyi skutecznie odebrała mi oddech i świadomość.
* * *
– Cholera, zabrali ją. – W pokoju narad zasiadło kilka osób. Między nimi panowała grobowa cisza.
        – Powinniśmy się martwić? – Spytał złośliwie jakiś chłopak.
        – Nawet sobie tak nie żartuj! – Skarciła go o kilka lat młodsza koleżanka. 
        – Trzeba by ją ratować. – W oczach nastolatki malowała się desperacja.
        – A co, nie ufasz im? – Nie odpuszczał.
        – A ty byś ufał demonom? – Odpowiedziała pytaniem na pytanie.
        – Tylko i wyłącznie swoim. – Odparł z powagą.
        – Spokój! Celestia i El mają rację. Sama sobie z nimi nie poradzi, a wszyscy dobrze wiemy, jacy oni są bezwzględni. Im więcej czasu zwlekamy, tym większe prawdopodobieństwo, że odnajdziemy ją martwą, albo – co gorsza- w ogóle. I tak już daliśmy im wystarczająco czasu do popisu. Zależy im na niej tak samo, jak i nam. Problem w tym, że oni są zdesperowani. Zbyt długo siedzieli zamknięci w tamtym świecie, nie przepuszczą żadnej okazji, żeby się wydostać.
        – Jasne, jak słońce, szefuniu. Doskonale o tym wiemy.
        – Wiec może ruszycie w końcu te leniwe dupska i zabierzecie się do roboty, co? – Warknął.
        – Możesz na nas liczyć.
* * * 
Z głuchym okrzykiem otworzyłam oczy. Jak oparzona rozejrzałam się dookoła w poszukiwaniu wrogów, ale jedyne, co dostrzegłam, to szpitalną salę. Dziwnie znajomą i jednocześnie zupełnie obcą. Mimo to odetchnęłam z ulgą, wygląda na to, że przeżyłam, ale wydaje mi się, że wciąż tkwię we śnie. Realny świat byłby… Bardziej realny, tak mi się wydaje. Prawdopodobnie to tylko efekt psychiczny. Chyba przed te ostatnie ciągłe stresy, omdlenia i wycieńczające treningi postradałam zmysły, co jest możliwe. I to nawet bardzo. Zaśmiałam się do siebie nerwowo nie mogąc przetrawić swojego wcześniejszego zachowania. Skomlałam wtedy jak żałosny szczeniak, ale mi wstyd. Tak, czy inaczej to miejsce nie należy do najprzyjemniejszych. Od zawsze nienawidziłam szpitali i jeśli nie muszę tu zostawać, to na pewno nie będę tego robić!
Ruszyłam najpierw ręką, potem nogą, yatta! Mogę się poruszać, to cudowna wiadomość. Usiadłam na zabrudzonym i podartym prześcieradle i nagle przypomniałam sobie o torturach.
       – Ty chyba tortur jeszcze nigdy na oczy nie widziałaś. – Usłyszałam i spięłam wszystkie mięśnie w organizmie. Jak z kijem w tyłku obróciłam się w stronę drugiego łóżka naprzeciwko skrywanego za kotarą. Wstrzymałam oddech i po chwili wewnętrznej walki postawiłam bose stopy na lodowatej posadzce. Nie miałam dużo sił, biorąc pod uwagę ostatnie zdarzenia i utratę dużej ilości krwi, więc trzymając się czegokolwiek, co wpadło mi pod ręce, dokuśtykałam do leżanki. Szybkim ruchem zerwałam płótno. Okrzyk zdziwienia wydostał się z moich ust, gdy tylko ją zobaczyłam. Moje własne, mroczne odbicie. Tym razem nie była taka upiorna, za jaką miałam ją od początku. Teraz wydawała mi się bardziej ludzka i krucha. Przez chwilę było mi jej żal, nie wiem, czy to wina jej stanu, czy tego uderzającego podobieństwa do mnie. Była w bardzo opłakanym stanie. Zapadnięte policzki, pozasychana krew na ciele, pokaleczone wargi, cała w bandażach, w dodatku zdawała się być jeszcze bledsza ode mnie. Przez to prawie zapomniała, że nie jest prawdziwa. To tylko wyśniony koszmar. Nie wiem, czy to jej marny i niepozorny wygląd sprawił, że zaczęłam jej ufać, ale nie ma to dla mnie teraz znaczenia. Jej wzrok taki smutny i pozbawiony blasku sprawił, że zapomniałam o wszystkim, co mnie niedawno spotkało, wyrzuciłam z głowy całą otaczającą mnie rzeczywistość i chciałam jej tylko pomóc.
        – Musisz stąd uciekać. – Wychrypiała. Głos miała słaby, mizerny, idealnie odzwierciedlał jej samopoczucie. Nie bardzo rozumiejąc, o czym ona mówi, zrobiłam prawdopodobnie najgłupszą minę na świecie. – Nie masz zbyt dużo czasu. – Ostrzegła. – Oni zaraz tu będą. Jeśli się teraz stąd nie wyrwiesz, to możesz już nigdy nie wrócić do swojego świata.
        – Yhym… Zaraz, co? – Drugi raz mi nie trzeba powtarzać, ale i tam zapytałam odruchowo.
       – Idą. – Wyszeptała błagalnie w moją stronę. – Na lewo za drzwiami jest wyjście. Pośpiesz się. – W jej głosie było słychać desperację. Nie potrzebowałam zachęty. Muszę lecieć jak najdalej od tego miejsca. Nie ważne, dokąd. W tej chwili liczyła się dla mnie ucieczka, chodź nie miałam pojęcia przed czym. Napędzona strachem ruszyłam pędem w stronę drzwi. Nie zdążyłam ich otworzyć i wpadłam na nie wbijając sobie boleśnie klamkę w żebro. Nie przejmując się tym, jak to musiało wyglądać, pociągnęłam za gałkę i wyleciałam z impetem na korytarz. Przez pośpiech nie dostrzegłam jednego, drobnego szczegółu. Na zewnątrz nie było żadnego korytarza, nie było też podłogi, ani wyjścia, nie było tam nic, tylko pustka. Kątem oka dostrzegłam rozmytą sylwetkę demonicznej Vivianne. Chociaż nie potrafiłam rozpoznać prawie żadnych szczegółów, mogłabym przysiąc, że na jej twarzy gościł uśmiech. Super, nikomu już nie można ufać, nawet sobie. To były ostatnie myśli, jakie mój mózg zdążył zarejestrować. Później nie widziałam, ani nie słyszałam już nic. Zaczęłam spadać w nicość.
* * *
        – To, co robimy? – Ktoś ponaglił resztę Wyrzutków.
        – Jak to, co, półgłówku? Idziemy po nią, to chyba oczywiste. – Skarcił go inny.
        – Jakby to tylko było takie proste…
        – Nie mamy czasu na wątpliwości. To jedyna opcja.
        – Najlepiej będzie…
        – …Iść do niej.
      – Macie racje, być może jest tam jeszcze wystarczająco dużo energii, by przedostać się do ich świata.
        – Pamiętajcie, nadzieja umiera ostatnia! Idziemy, drużyno!
* * *
     – Co do cholery? – Z sali szpitalnej dobiegł krzyk. Reszta wyrzutków przyspieszyła, aby zobaczyć, co się stało. W pomieszczeniu zastali niezły bałagan. Mnóstwo krwi, oba łóżka pod oknami zdemolowane; miały wyraźne ślady użytkowania. Na posadzce widniały rozmazane ślady m.in. bosych stóp, należące do co najmniej czterech osób. Pod jednym z posłań znaleźli coś. Coś na kształt ludzkiego ciała z dziwnie powyginanymi kończynami i zapadniętymi płucami. Splątane włosy, oblepione ciemną, lepką cieczą przysłaniały twarz nieprzytomnej dziewczyny.
        – Słuchajcie, Wyrzutki, myślę, że ją znaleźliśmy. – Jęknął zzieleniały blondynek. – Chyba, chyba pójdę po uzdrowicielkę. – Zająknął się.
        – Lepiej nie, Armin, ja to zrobię. – Dziewczyna spojrzała na niego łagodnie, kładąc mu rękę na ramieniu, po czym wybiegła z pomieszczenia w poszukiwaniu medyka.
        – Wiesz, Cel, że może być z nią ciężko, prawda? – Westchnął szef. Przytaknęła mu bez słowa. Doskonale wiedziała, co miał na myśli, wszyscy świetnie zdawali sobie z tego sprawę. Vivianne była w bardzo złym stanie. Prawdopodobnie będzie trzeba… Egh… - Jego zastępczyni zasyczała ze złości. Jakby tylko te demony mogły mieć jakieś hamulce i nie przesadzać za każdym razem. Nigdy nie wiedzą kiedy skończyć. – Myślała. Była na nie wściekła za to, co wyprawiają. Miarka się przebrała…
Do pomieszczenia weszła niewysoka blondynka krokiem tak lekkim, że równie dobrze mogłaby fruwać. Podeszła do jednego ze zmasakrowanych łóżek i zajrzała pod nie.
        – Liczne złamania, krwotok wewnętrzny, zmiażdżone organy i prawdopodobny wstrząs mózgu z pękniętą czaszką. Z tą drugą jest nie lepiej. – Oceniła nawet nie dotykając poszkodowanej.
         – Będzie sprawna? – Zapytał prosto z mostu.
     – Przeżyje od jednym warunkiem, Chris. Wiecie, co macie robić, chłopcy. – Zwróciła się bezpośrednio do trzech członków odzianych w szpitalne kitle, którzy jak na zawołanie zaczęli układać poszkodowaną na noszach.
       – Marietta! – Zawołał brunet za wychodzącą uzdrowicielką. – Do tego potrzeba jej zgody. Pisemnej, jak dobrze wiesz. – Przypomniał.
         – To zgódź sięga nią, jesteś przecież odpowiedzialny za swoich podopiecznych. Wyjdzie na to samo. – Wzruszyła ramionami. 
        – Ona jeszcze nie dołączyła oficjalnie do Wyrzutków. Nie przeszła ceremonii przyjęcia. – Spuścił wzrok, zamknęła oczy koncentrując się na czymś usilnie. 
        – Jasna cholera, z Wami załatwiać jakieś sprawy – przeklęła. – No dobrze, zrobimy to inaczej. Czy komukolwiek powiedziała ostatnio, że zamierza dołączyć i była to jej ostateczna decyzja? Nie zmieniała jej później? – Zasypała zebranych pytaniami. Trzy osoby bez słowa podniosły rękę. – Świetnie – kontynuowała. – W takim razie za mną. Wywołam te deklaracje z waszych wspomnień.
        – Czy to w porządku? – Spytała niepewnie najmłodsza z członków. – Wiem, że to konieczne, żeby uratować jej życie, ale mimo wszystko każdy powinien mieć prawo wyboru.
        – Czy Vivianne chciała dołączyć, Eli?
        – Tak, ale…
      – Więc wszystko jest okej. Nie martw się już tym. Myślę, że to nie będzie dla nikogo problem. Biorąc pod uwagę, że obydwie są dla nas cenne i potłuczone, powinniśmy się dogadać. Prawdopodobnie sama by do nas przyszła. Wiesz, jak to działa. Gdy jedna strona jest poszkodowana, druga prawie zawsze przychodzi z pomocą. A nasza Vivin jest na granicy życia, wątpię, czy jej kopia będzie w stanie wyzdrowieć i normalnie funkcjonować w takiej sytuacji. Odpowiedź sama ciśnie się na usta, prawda? 
      W tym czasie zjechali na piętro minus jeden. Przeszli na jego najdalszy koniec, aż do samego schronu głównego i otworzyli w nim tajne przejście ukryte między szafami. Przechodząc przez specjalne zabezpieczenia udali się stamtąd do jednej z czterech sekretnych pracowni. Na ostatnim poziomie kilkaset metrów pod ziemią skrywany był jeden z największych sekretów. 
Można było zastać tam dwa pokoje z korytarzem. Jednym z nich było pomieszczenie, wyłożone lustrami weneckimi zamiast ścian i sufitu, co umożliwiało pełny wgląd do środka pokoju z zewnątrz. Po środku leżało kilka metalowych łóżek, przypominających stoły chirurgiczne. Każdy z nich miał przymocowane pasy, umożliwiające całkowite unieruchomienie leżącego. Na jednym z nich położono nieprzytomną dziewczynę, została z nią tylko uzdrowicielka. Reszta udała się do pokoju obok, by w spokoju móc oglądać całą ceremonię. Marietta wyjęła ze swojej skórzanej torby białą kredę, sześć świeć w tym samym kolorze oraz płatki czarnych róż. Nachyliła się, by zacząć rysować pięcioramienną gwiazdę na ciemnej posadzce. Na jej wierzchołkach wypisała kolejno słowa zaczynając od góry, a potem poruszając w prawo: porządek, śmierć, chaos, natura, życie, a na samym środku wypisała „potęga”. Na każdym słowie postawiła po białej świecy, dodatkowo wypisała między ramionami gwiazdy litery, układające się w słowo „salus”. Na sam koniec rozsypała po malunku płatki kwiatów i jednym klaśnięciem w dłonie zapaliła wszystkie świece. Ogień w gotowym pentagramie rozproszył się i spalił na wiór delikatne kwiatki, podczas gdy ona sama powtarzała te słowa niczym mantrę:
        – Duch, powietrze, ogień, woda, ziemia! Przyzywam Was żywioły z astralnego narodzenia. – Powietrze w około zgęstniało od dymu i woni spalenizny. – Usłużcie mi w pentagramie tym narysowanym, jako swojej pani, przez wcielenie najświętszej Hygieji spotęgowanym. Przyzywam Was teraz, usłużcie mi, wezwijcie dla mnie tą, którą zwiecie swoją mroczną panią. Taka jest moja wola i niechaj się spełni! 
Jej głos drżał przepełniony energią. 
        – Na mocy paktu duszy i ciała zawartego przez naszych przodków, przyślijcie tą, która nam najbliższa. – Zakończyła, a jej głos odbił się potężnym echem od ścian. Wraz z jej ostatnimi słowami dym z całego pomieszczenia zebrał się w środku pentagramu i uformował na postać człowieka. Wkrótce wyłoniła się z niego demoniczna wersja przyzywającej ją blondynki. Prócz gęstych, brązowych włosów i mrocznej aury, zdającej się przyciągać całą ciemność jak magnez, nie różniła się niczym od medyczki. 
        – Czego chcesz? – Warknęła natychmiast nawet nie ukrywając chytrego uśmieszku.
       – Oj, siostrzyczko… – zaśmiała się perlistym śmiechem na widok swojej kopii. – Twoja twarz Cię zdradza, dobrze wiem, że już wszystko masz przemyślane, ale skoro tak bardzo lubisz być doceniona to powiem to. Potrzebuje twojej pomocy. Wszystko już przygotowane, teraz wasza kolej i będzie po sprawie. Rozstaniemy się w pokoju, a ja przymknę oko na wasze wybryki – mruknęła do niej jednym okiem.
– Ostudź swój zapał, skąd wiesz, że Ci pomożemy? Jak możesz być tego taka pewna? – wycedziła z wyższością.
        – Obie Vivianne są dla nas cenne i stale oddziaływają na siebie. Zarówno nasza jak i Wasza nie czują się teraz zbyt dobrze, co nie sprzyja realizacji planów  przekonywała z ironią w głosie. – Jeśli teraz nie zaczniemy współpracować… – Pozwoliła, by niewypowiedziane słowa zawisły w powietrzu. Uśmiechnęła się tajemniczo do swojej kopi, na co ta zazgrzytała zębami. Przejęła inicjatywę i prawie miała ją w garści. Spojrzała zdecydowanie w oczy swojej bliźniaczki, a mimo to jej spojrzenie pozostawało łagodne.
        – Do tego potrzebujemy jej zgody. – Złapała się ostatniej deski ratunku i chodź była przekonana, co do słuszności rozejmu, nie mogła złamać zasad, które obowiązywały w ich świecie. Za wszystko trzeba zapłacić odpowiednią cenę. Nawet jeśli haracz przyjdzie nam uregulować po latach, wszystko w końcu zostanie przywrócone do porządku. Długi muszą pozostać spłacone, a ich czas zwykle dopada nas w najmniej odpowiednim momencie. Marietta zamiast tego sięgnęła ponownie do skórzanej sakiewki i wyciągnęła z niej biało-zielony łapacz snów. Pomachała nim demonicy przed twarzą, na co ta zazgrzytała zębami.
      – Nie wiem, co  tam masz, ale to wbrew zasadom. – Ostrożnie dobierała swe słowa.
      – Zasady są po to, by je łamać. Mam tu zapisane wspomnienia, to wszystko, co mogę zaoferować, z resztą nie mamy wyjścia. Specjalne sytuacje wymagają specjalnych metod działania. – Rzekła pogodnie nie chcą dać za wygraną. Obie pozostawały nieugięte, chociaż ich pragnienia były jednomyślne. – Wiesz dobrze, że nie mamy wyjścia.
     – Mari – zawołał Chris stojąc w drzwiach. – Zostaw nas samych. – poprosił, a blondynka bez słowa skierowała się w stronę wyjścia, jednak nie opuściła pokoju.
      – Po co tu przyszedłeś, mięczaku? – zaszydziła. Chłopak zignorował zaczepkę i podszedł do niej jak najbliżej się da. Nachylając się nad uchem szepnął coś do niej, a ona niezauważalnie skinęła głową. Zacisnęła wargi w cienką linię. 
      – Umowa stoi – wycedziła, najwyraźniej przekupiona bądź przyparta do muru. Z tryumfalnym uśmiechem opuścił pomieszczenie, na co uzdrowicielka natychmiast zareagowała. Podczas gdy szatynka gromadziła ogromne ilości energii astralnej, blondynka złapała za metalowe łóżko na kółkach i przysunęła je do lustra stojącego najbliżej pentagramu. Po chwili na jego, tak jak i na pozostałych taflach obraz zafalował i zamiast odbijać ciemny pokój, w którym się teraz znajdowały, zostało przedstawione jego aż do złudzenia podobne, lustrzane odbicie. Jednak tak jak tu panował mrok, brud i było wyraźnie widać śladu nieubłaganie upływającego czasu, to tam królowała światłość, porządek i nowoczesność. Oślepiający blask wnętrza raził intensywnie wszystkie demony znajdujące się w środku, co można było stwierdzić na pierwszy rzut oka po ich przymrużonych ślepiach. Stwory przyszykowały dla demonicznej Vivianne łóżko najbliższe tafli lustra po ich stronie, co dawało zaskakujący widok, dla tego, kto nie miał pojęcia, że tafla szkła jest portalem po między dwoma bliźniaczymi światami, które nie bez powodu są tak nazywane. Zaczęto przypinać czarnowłosą, której twarz przez cały czas pozostawała bez wyrazu i gdy wszystko było gotowe, demoniczne potomkinie bogini Hygieji – patronki zdrowia, ducha i ciała, rozpoczęły ceremonię scalania. Marietta Blake – bo tak nazywano demona – wyszła w końcu z pentagramu i przeszła do swojego świata, pozostawiając w tym tylko swą dłoń, by jej bliźniaczka mogła ją złapać. Oba łóżka były na tyle blisko siebie, że uzdrowicielki trzymając się za ręce, każda stojąc w swoim wymiarze, wolną kończynę górną mogły swobodnie umieścić nad czołem swej pacjentki. Szeptały pod nosami sława w nieznanym dla ludzkości języku, dopóki na ciele obu dziewczyn nie pojawiło się siedem wirujących, świetlistych okręgów rozmieszczonych wzdłuż osi kręgosłupa. Pierwszym ośrodkiem, na którym skupiły swą energię był czakram korony, umieszczony na czubku głowy. 
      – Siódmy wirze, odpowiedzialny za naszą świadomość, dopełnienie psychiczne, duchowe i fizyczne, spraw, by dwoje stało się jednym, by harmonia zagościła w tej osobie, by zaznała święty spokój. – Synchronicznie do ich słów ośrodki energetyczne na czubkach głów rozbłysły i zgasły tak nagle jak się pojawiły, rozpoczynając tym samym scalanie dusz i ciał dziewczyn. Długość fal ich aur się wyrównała, by w następnym kroku osiągnąć pełny rezonans. Krew w ich żyłach zawrzała i przyspieszyła tępo przepływu, obie rozgrzane nabrały koloru, po czym ich ciała zaczęła zasysać do siebie jakby niewidzialna trąba. Kolej przyszła na pozostałe ośrodki energetyczne. Następnie obie zatrzymały się przy trzecim – splocie słonecznym.
       – Trzeci wirze, odpowiedzialny za równowagę fizyczną i emocjonalną, spraw proszę, aby dwa ciała i dwie dusze, od teraz działające jako jedno, odnalazły równowagę w swoich czynach i wyborach. Aby rozdzielone przez niebiosa bliźniaczki, teraz scalone przez boskie sługi, żyły ze sobą w harmonii i bez wszelkich trosk dążyły do pełnej jedności. – Wir energetyczny zachował się identycznie, jak pozostałe; rozbłysnął gwałtownie, po czym zgasł, a ich ciała zaczęła ściągać ku sobie niewidzialna siła, która powoli łączyła ze sobą pacjentki. Umysły dwa, teraz myślą jak jeden, serca dwa, teraz biją jak jedno, ciała dwa teraz łączą się w jedno, by za chwilę stać się jednością. Gdy ostatni z siedmiu czakramów zgasł, oba ciała wirowały razem przy portalu, dopóki atomy nie wymieszały się dobrze i nie połączyły ze sobą. Gdy już do tego doszło, rozszalałe cząsteczki uformowały się na kształt człowieka. Huragan w pomieszczeniu ustał, a Vivianne nareszcie można było oglądać w całej okazałości. 
        – Co mi zrobiliście? – Odezwała się chłodnym głosem, wpatrując w swe nowe oblicze. Prawie się nie zmieniła. Fuzja cząsteczek ich ciał sprawiła, że zielonooka ma trochę ostrzejsze i wydłużone zęby, co na szczęście nie rzuca się za bardzo w oczy, oraz czarne włosy z jaśniejszymi prześwitami. Reszta pozostała bez zmian, w końcu pozostałe cechy zewnętrzne u obu dziewczyn były takie same.
       – Chyba raczej, co NAM zrobiliście. – Odezwała się ponownie akcentując przedostatnie słowo, po czym zmarszczyła gniewnie brwi. Spojrzała spod przymrużonych powiek na uzdrowicielki. – Powinniście nam to wytłumaczyć. Mi nie trzeba, to ty tu jesteś niedoinformowana. – Potok słów wypłynął jej ust. Zebrani z sąsiedniego pokoju patrzyli na tą scenę mniej, lub bardziej zaskoczeni.
      – Ich umysły nie połączyły się, oba były dominujące, a to się nam jeszcze nigdy nie przytrafiło. No trudno, to już wasze zmartwienie – ogłosiła Blade, po czym wzruszyła ramionami.

środa, 3 sierpnia 2016

GRANICA ÓSMA: Losy ludzkie połączone nićmi przeznaczenia

Witam Was serdecznie po małej przerwie, stęskniliście się za mną? Bo ja za Wami bardzo. Ciekawa jestem co porabialiście przez te dwa tygodnie. Jeśli chcecie to podzielcie się ze mną swoimi wakacyjnymi przygodami w komentarzach, a tymczasem zapraszam na nowy rozdział!

  Siedząc w sali biologicznej trzy dni po spotkaniu z wyrzutkami w opuszczonym laboratorium, próbowałam skupić się na lekcji. Moje starania nie były zbyt owocne i chociaż genetyka bardzo mnie interesowała, myśli miałam zajęte innymi sprawami.
– Ej, smutasie, ocknij się. – Poczułam delikatne szturchnięcie w ramię.
            – Panienko Valiere! Proszę zejść w końcu na ziemię. Skoro tak bardzo panienka się nudzi na mojej lekcji, to rozumiem, że już wszystko umiesz. W takim razie proszę podać mi przykład klona stworzonego sztucznie i dwa przykłady klonów naturalnych. – Spojrzałam zdezorientowana na mojego ławkowego partnera. Vincent dyskretnie wskazywał końcem długopisu na swój zeszyt.
Temat: Genetyka zaawansowana. Wprowadzenie do klonowania.
Momentalnie doznałam olśnienia.
– Przykładem naturalnych klonów są np. bliźniaki jednojajowe oraz bakterie, które rozmnażają się poprzez podział. Klon sztuczny to chociażby słynna owieczka Dolly. – Nauczycielka zmarszczyła niezadowolona brwi, a jej aura zmieniła barwę na zieloną. Była zła i zawiedziona, że nie ma dziś szansy nikomu postawić jedynki. Ja za to czułam się, jakbym urwała się z kosmosu. Głowę miałam taką nienaturalnie lekką, a mój mózg pracował na zdecydowanie wyższych obrotach. Przed oczami pojawiały mi się przeróżne obrazy, jakbym była żywym kalejdoskopem. Nie potrafię sprecyzować tego, czy bardziej mi się to podoba, czy przeraża. Jednak nie miałam dużo czasu, by się nad tym zastanowić. Już po chwili zakręciło mi się w głowie od nadmiaru napływających informacji. Uczucie, które w tej chwili mi towarzyszyło, można by porównać do robiącego się popcornu. Na początku tylko kilka ziarenek napiera na zamknięte opakowanie, ale z czasem jest ich coraz więcej i więcej, aż w końcu rozrywają papierową paczuszkę. To było to. Mój mózg nie mieścił się już czaszce i teraz próbował się wydostać, niestety, kości skutecznie mu to uniemożliwiały, co poskutkowało wulkanem bólu wydostającego się z głowy. Zachwiałam się niebezpiecznie na krześle, z którego bym spadła, gdyby nie to, że blondyn podtrzymał mnie za ramiona. Nie mam pojęcia, jakim cudem znalazł się za moimi plecami w ułamku sekundy, ale w tej chwili mało mnie to nie obchodzi. Liczy się przede wszystkim pulsujący ból głowy.
– Panienko Valiere, czy panienka dobrze się czuje? – spytała zmartwiona belferka. Nic nie widziałam, docierała do mnie tylko bezgraniczna ciemność, ale oczami wyobraźni widziałam zmartwione miny wokół siebie. Wszyscy byli przejęci, nie tylko profesor Baert, która była za mnie odpowiedzialna, ale także Vincent, który stale mnie zaczepia i zawsze mogę liczyć na jego złośliwość, również klasa, dla której od kilku lat byłam niczym więcej, jak tylko pośmiewiskiem. Ich uczucia stały nie niemalże namacalne i docierały do mnie z potrójną siłą. Nie byłam w stanie wydobyć z siebie nawet zduszonego jęku, od nadmiaru intensywnych doznać aż zwymiotowałam na ławkę. – Panie Boyer proszę zabrać panienkę Vivianne do higienistki, panna Melodie pójdzie po sprzątaczkę. – Jakby przez mgłę słyszałam, jak nauczycielka wydaje rozkazy. Dźwignęłam się na miękkich nogach i próbowałam samodzielnie złapać równowagę, odpychając przy tym blondyna, ale w tym samym momencie kolana się po de mną ugięły. Po raz kolejny chłopak uratował mnie przed spotkaniem z podłogą i widząc, że nie jestem zdolna do samodzielnego poruszania się, nie zważając na moje nieudolne protesty, wziął mnie na ręce. Przez oczami miałam pustkę, umysł przysłonięty gęstą mgłą, powoli, krok po kroku zapadałam w błogą nieświadomość.
* * *
            – Która godzina? – Mimo iż obudziłam się już dłuższą chwilę temu, wciąż miałam zamknięte oczy i udawałam, że śpię. W pomieszczeniu wyczuwałam znajomą aurę. Nie miałam pojęcia, do kogo należy, wiedziałam tylko to, że na pewno skądś ją znam. O głowę też mogłabym się założyć, że to nie blondyn cały czas ze mną przebywał. Właśnie dlatego tyle czasu udawałam, że wciąż jestem nie przytomna. Próbowałam zrobić analizę wibracji duszy i dopasować ją do kogokolwiek, ale gdy nie się to nie udało, pomyślałam, że jak nie będę dawać znaku przytomności, to ten ktoś zostawi mnie w spokoju. Nie wiem, ile czasu minęło, ale po mimo upływających minut wciąż uparcie trwał przy mnie. Może i moje zachowanie jest śmieszne i dziecinne, ale za wszelką cenę nie chciałam natknąć się na Celestię, którą unikałam jak ognia od kilku dni. To właśnie dlatego odstawiałam taką szopkę. Ale wiecznie jej unikać nie mogę, więc postanowiłam zaryzykować i się zdemaskować.
– Już po drugiej – usłyszałam znajomy głos i przeklęłam w myślach. Z deszczu pod rynnę… Wiedziałam, po prosu wiedziałam. To było do przewidzenia. Los nigdy nie był mi przychylny, ale tą kwestię zostawiam na potem. O to, co zdarzyło się w pokoju narad Wyrzutków, powód, dla którego chciałam unikać każdego z nich.
* * *
            – W naszym azylu obowiązuje kilka zasad.
– Pytanie tylko, czy będziesz nam wierna?
         – Wierny to może być wierzący swojej religii, lojalny sługa, a posłuszny pies. Jako przyjaciel będę godna zaufania, a jako partnerka dawać nadzieję i wspierać – zadeklarowałam. Nie wiem, co we mnie wstąpiło… A, nie! Jednak wiem. Nienawidzę, jak ktoś próbuje mieć nade mną kontrolę. Gdybym dała im pozytywną, prostą odpowiedź na ich pytanie, to tak jakbym nakleiła sobie na czoło karteczkę napisem: nie mam własnego mózgu, wykorzystujcie mnie do woli. Nie, dziękuję, nie piszę się na coś takiego. Moja duma by tego nie wytrzymała. Nie jestem stworzona do przyjmowania rozkazów. W czasie mojego wewnętrznego monologu, do moich uszu dotarł stłumiony chichot dziewczyny. W głosie Christophera nie było za to słychać nawet złamanej nutki rozbawienia.
– Proszę, proszę… Chyba trafił nam się wyszczekany robaczek – zakpił najwyraźniej lekko rozdrażniony usłyszaną odpowiedzią, ale na mnie nie robiło to najmniejszego wrażenia. Niech się kryje za tymi swoimi mentalnymi tarczami i udaje nie wzruszonego, mnie i tak nie oszuka.
– Nie traktuj nas jak robale, mięśniaku – wyrzuciłam z siebie. Ten wielkolud na co najmniej kilometr emanuje zniewagą. A żeby go piorun kiedyś kopnął w to jego rozdęte ego. Mam dość jego pewności siebie i lekceważenia mnie. Może i jestem nikim, nic nie wartym śmieciem, ale to nie daje mu prawa do pomiatania mną. Nikomu nie pozwolę ze mnie szydzić. Zawsze byłam lekko wybuchowa, przez co ludzie się mnie bali. Czasem przerażałam nawet samą siebie, ale teraz nie miało to najmniejszego znaczenia. Ten dupek działał mi na nerwy. Pff… I jeszcze to pytanie: czy będę im posłuszna. Co to ma być? Niech mi jeszcze założą obroże z wbudowanym paralizatorem na szyję i przywiążą do słupa w piwnicy.
– Nie miałam pojęcia, że w Waszej rodzince panuje taka cukierkowa atmosfera.  - kontynuowałam - Musicie być tu bardzo szczęśliwi jako nic nie znaczące insekty – zakpiłam, zwracając się do kogoś, kto stał za moimi plecami. – Aż się rzygać chce, jak o tym myślę.
– Trochę pokory, młoda – skarcił mnie szatyn. – Pokaż, na co Cię stać, a może wtedy zasłużysz na mój szacunek i będziesz mogła sobie szczekać na prawo i lewo o czym dusza zapragnie. Ale pamiętaj o jednym: małe pieski szczekają najgłośniej. – Nie no, zaraz wyjdę z siebie. Jestem pewna, że cała moja twarz jest już od dawna czerwona ze złości, ponadto jestem tak rozwścieczona, że równie dobrze para mogła by mi wychodzić uszami.
– Oj, dajcie już spokój. Potrzebujecie siebie nawzajem – wtrąciła rudowłosa. Gdyby nie ona, to rzuciłabym mu się do gardła. Z całych sił trzymałam rozszalałe nerwy na wodzy. Nigdy, nie okazuj słabości, nigdy nie okazuj słabości. Cholera, nie działa. Potrzebne mi coś mocniejszego. Najlepiej wyżyłabym się na czymś fizycznie, ale akurat przypomniały mi się słowa kogoś mądrego: Nie daj się sprowokować ludziom. Gdy ktoś jest dla Ciebie złośliwy, nie bądź złośliwy w zamian. Kiedy ugryzie Cię wściekły pies, a ty mu oddasz w ten sam sposób, sam staniesz się wściekłym psem. Czy chcesz się zniżać do jego poziomu, Vivianne? – Zadałam sobie pytanie i natychmiast miałam gotową odpowiedź.
– Nie potrzebuje kogoś, kto swoich podopiecznych traktuje jak śmieci – wypaliłam jak najspokojniej potrafiłam, i chodź głos mi drżał od nadmiaru emocji, w oczach miałam zdecydowanie .
– A ja nie potrzebuję swoich szeregach kogoś, kto będzie burzył wszystkie mury, które udało nam się dotychczas zbudować, tylko dlatego, że jemu się coś nie podoba. Światem rządzą określone zasady, których najczęściej trzeba się trzymać, a nie robić, co się komu żywnie podoba. Barbarzyństwo i brak dyscypliny doprowadzają do chaosu, którego my próbujemy uniknąć. Sztuką jest się dopasować – wypalił i mimo że miał trochę racji, nie mogę się z nim zgodzić. Chociażby z czystej złośliwości mogłabym się spierać z nim do końca życie, ale tu chodziło o coś zupełnie innego.
– Bycie elastycznym jest przydatne, to prawda. Należy akceptować świat takim jakim jest, ale nie można na niego godzić. Poddając się panującym obecnie regułą, nic się nie osiągnie. Trzeba płynąć pod prąd, aby coś zmienić i otworzyć ludziom oczy. Tak przy okazji, to jak na takiego dupka masz silne poczucie sprawiedliwości – Syknęłam i wyszłam. Po prostu musiałam się stamtąd jak najszybciej ulotnić. Miałam go już serdecznie dość. Ruszyłam więc pośpiesznym krokiem w stronę windy, by nie musieć dłużej na niego patrzeć. Gdy urządzenie zatrzymało się na parterze z charakterystycznym dla siebie dźwiękiem, cała pewność siebie i determinacja ze mnie uleciała. Poczułam się strasznie mała i otoczona przez nieznane, jak dzikiem zwierzątko zamknięte w zoo. Największym moim zmartwieniem było to, że nie miałam bladego pojęcia, którędy mam iść, aby wydostać się na powierzchnię. Zrobiło mi się nie dobrze na myśl o tych wszystkich korytarzach pod ziemią. Wiem tylko tyle, że z hali trzeba iść przez około 20 minut kanałami – to nie wiele i na pewno nieprzydatne. Może i bym sobie poradziła, gdybym tylko za pierwszym razem liczyła skręty, pod warunkiem oczywiście, że bym o tym nie zdążyła zapomnieć. Ta… Niestety, starość nie radość.
– Wyprowadzić Cię? – Usłyszałam za sobą znajomy głosik należący do Elizy. W jej tonie nie było słychać już tego radosnej akcentu, co wcześniej.
– Byłoby miło – odpowiedziałam z jak największą uprzejmością, na jaką było mnie teraz stać. Uśmiechnęłam się do niej lekko, by pokazać, że jestem przyjaźnie nastawiona. Gdy na nią spojrzałam, dostrzegłam, że dziewczyna jest czymś przejęta. Nie odwzajemniła mojego gestu.
– O co się pożarliście? – Spytała bez zbędnych ceregieli. Podoba mi się jej bezpośredniość. Zdezorientowana opowiedziałam jej całe zajście, nie pomijając przy tym żadnych szczegółów, ani własnych odczuć związku z tą sytuacją. Czułam, że mogę jej zaufać. Myślę, że obdarzyłam tę młodziutką kruszynkę sympatią, gdy tylko ujrzałam ją po raz pierwszy. Jakby się nad tym głębiej zastanowić, to bliźniaków też polubiłam.
    Gdy po jakże urokliwym spacerze wśród tuneli pełnych szczurów i brzydko pachnącej wody wreszcie wydostałam się na świeże powietrze, pożegnałam się z nastolatką i czym prędzej pognałam do domu. Byłam nie tylko rozczarowana dzisiejszym wypadem, ale także roztrzęsiona kłótnią. Nie tego się spodziewałam po opowieści Celestii. Wyobrażałam sobie ich zupełnie inaczej. Stworzyłam sobie swój własny obraz przedstawiający paczkę „przyjaciół”, a gdy okazało się, że nie pasują do mojego opisu, że nie spełnili moich oczekiwań, wszczęłam awanturę i uciekłam. Zachowałam się jak idiotka i największy tchórz! Powinnam była dać im szansę, chociażby na ten jeden dzień. Zaślepiona wyidealizowanym obrazem, zapomniałam, że oni również tak, jak normalni ludzie posiadają wady i odrębne, unikalne osobowości. W końcu nie wszystkich da się lubić, ale każdemu trzeba pozwolić się wykazać. Zawsze coś nas może zaskoczyć.
        Wszystkie uczucia kłębiące się we mnie zamieniły się na wstyd, który uderzył we mnie ze zdwojoną siłą. Nigdy w życiu nie czułam się tak okropnie. Ciągle mimowolnie wracałam myślami do wydarzeń z dzisiejszego dnia i za każdym razem miałam przez to ochotę wyskoczyć przez okno. Jak to możliwe, że mam takie wyrzuty sumienia? Po krótkiej chwili postanowiłam wziąć zimny prysznic. Liczyłam na to, że lodowata woda zmyje ze mnie wszystkie przykre wspomnienia. Po raz kolejny tego dnia się zawiodłam. Zapomniałam bowiem o jednym: wspomnienia nigdy nie umierają. Trzymają się Ciebie kurczowo aż do śmierci, choćby nie wiem co.
Nie bardzo wiedziałam, co dalej ze sobą zrobić. Usiłowanie spędzenia kilku godzin w objęciach Morfeusza nie wchodziło w rachubę. Bezsenność skutecznie mi to umożliwiała. Z braku lepszego zajęcia, albo może inaczej. Z braku jakiegokolwiek zajęcia, postanowiłam złapać w ręce księgę. Ćwiczenie zdolności parapsychicznych to najlepsze i jedyne możliwe zagospodarowanie mojego wolnego czasu. Leżenia na łóżku i podziwiania sufitu oczywiście nie biorę pod uwagę. Po za tym wizja skupienia myśli na czymś pożytecznym daje szanse na uwolnienia się chodź na trochę od dręczących koszmarów dnia.
Następnym rozdziałem w książce były praktyki medytacyjne. Wprowadzenie ciała i umysłu w ten stan poszerza horyzonty, odblokowuje zmysły, które zaczynają reagować na paranormalne receptory, wzmacnia potencjał i takie tam. Podoba mi się to w takim samym stopniu co przeraża. Cała ta sprawa z ulepszeniami ciała i umysłu przyprawia mnie o dreszcze, bo nie bardzo wiem, czego mogę się dokładnie po tej przemianie spodziewać. W dodatku podejrzewam, że coś, co brzmi tak kolorowo i przynosi takie korzyści, niesie ze sobą ogromny trud, piekielne zmęczenie, setki treningów i przy okazji jest okupione cierpieniem. W końcu nic za darmo. To właśnie czyni praktyki medytacyjne i naukę poszczególnych punktów apetycznymi, ale i pikantnymi kąskami. Jest ryzyko, jest zabawa, a ja lubię wyzwania. Nie ma nic lepszego niż pokonywanie swoich słabości.
Gdy robiąc coś, czuję strach, mam wrażenie jakbym… Jakbym była szczęśliwa. Im bardziej paraliżujące i silne jest doznanie, tym bardziej mam ochotę to zrobić. Adrenalina towarzysząca mi przy tym sprawia, że czuję, że żyję. To wszystko powoduje, że uśmiecham się przez łzy, bo uświadamiam sobie, że to jedyna rzecz, która odrywa mnie od szarej codzienności. Jedyna, która sprawia, że monotonna egzystencja upodabnia się do życia.
* * *
       Uchyliłam powieki i przyzwyczajając się do oślepiającej jasności sterylnego pomieszczenia, ujrzałam Elizę. Siedziała na krześle przy moim tymczasowym łóżku i obserwowała mnie uważnie swoimi błękitnymi tęczówkami.
      – Co ty tutaj robisz? To prywatna placówka, nie wpuszczają tutaj nikogo po za uczniami i najbliższą rodziną – zauważyłam. Mój głos brzmiał okropnie. Czuję, jakbym miała w gardle Saharę. Dziewczyna natychmiast podaje mi szklankę z przezroczystą cieczą. Wypijam od razu całą zawartość i dopiero po tym dostaję odpowiedź.
– Gdy tak nagle zniknęłaś, zaczęliśmy się martwić. Postanowiliśmy wziąć Cię pod lupę. Ja zajęłam się obserwacją szkoły i okolicznych parków, a bliźniaki monitorowali resztę miasta oraz Twój dom, dodatkowo szukali Cię z naszym zaufanym specjalistą. Celestia starała się Ciebie wyśledzić na własną rękę, ale poddała się pierwszego dnia ze względu na nasze problemy z zasilaniem. Razem z Chrisem i dwoma innymi członkami zajęli się tym problemem – wyjaśniła z charakterystycznym dla wyrzutków uśmiechem.
– Niezła organizacja, ciekawe jak z efektami – mruknęłam po cichu przypominając sobie rozmowę z ich przywódcą.
– Wiesz, Vivi, Christopher to mój starszy brat… – podjęła, a ja spojrzałam na nią zaciekawiona. – Gdy rodzice dowiedzieli się o naszej inności, po prostu nas porzucili. Spakowali się jednego dnia, gdy my byliśmy w szkole i ślad po nich zaginął, a my wylądowaliśmy na ulicy. Miałam wtedy sześć lat, a on dziewięć.
– Teraz masz około 14, prawda?
– Trzy dni temu miałam urodziny. Niezłe wyczucie,  od tego czasu minęło…
– Osiem lat… – Szepnęłam, głos mi drżał. Było mi szkoda tej kruszynki. W jak dotąd radosnej dziewczynie jest teraz tyle smutku, że aż udzielił mi się jej ponury nastrój. Ona tylko zaśmiała się przez łzy. Próbowała je powstrzymać, ale marnie jej to wychodziło. Po kilku nieudanych próbach miałam jej dość.
– Jeśli nie potrafisz powstrzymać płaczu, to tego po prostu nie rób. A najlepiej, jeśli nie ukrywa się przed światem swoich uczuć. Samej siebie i tak  nie oszukasz.  Śmiej się, jeśli jesteś szczęśliwa, płacz, gdy jesteś smutna. Nie duś w sobie tych uczuć. Zawsze lepiej się wypłakać, wyrzucić z siebie całą frustrację. Wtedy znów będziesz mogła się uśmiechnąć. Inaczej wszystkie emocje kłębiące się w Tobie zniszczą Cię psychicznie.
– To nie jest takie proste – jęknęła. Wiem o tym.
– Nie bój się swoich uczuć, bo kiedyś może się okazać, że to jedyne, co Ci pozostało. – Wzięła się w garść.
– Wiem, że mój brat jest trochę surowy, pewny siebie, arogancki i wymagający, ale w równym stopniu co troskliwy, odpowiedzialny i inteligentny. Przez ten cały czas sięgną opiekował. Od razu zrezygnował ze swojego dzieciństwa, by się mną zająć. Dorósł aż za szybko tylko po to, by móc mnie chronić przed  niesprawiedliwością świata. Codziennie przez te lata był dla mnie jednocześnie starszym bratem, ojcem, najlepszym przyjacielem, nauczycielem i powiernikiem. Jestem świadoma tego, że nie robi piorunującego pierwszego wrażenia na ludziach, ale jako nasz przywódca spisuje się świetnie. Stara się być konsekwentny, sprawiedliwy i wprowadza porządek. Załagodził burzliwe relacje między nami, gdy powstawała nasza grupa. Każdy z nas miał kiedyś tak cięty język jak ty – zażartowała, ale mnie nie było do śmiechu. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Nie odezwałam się, między nami zapadła głucha cisza.
– Z resztą… Wiesz, jacy są chłopcy w tym wieku – zagadnęła. – Lubią się popisywać i wywyższać. Taki syndrom samca alfa mu się udzielił – zachichotała a moje kąciki ust powędrowały w górę.
– Nie, nie wiem, ale rozumiem aluzję.
– Dołącz do nas, Vivi. Chciałabym mieć taką siostrzyczkę, jak ty. Wszystkim przyda się nowa twarz i zadziorny charakterek. Świeżość, którą wniesiesz dobrze nam zrobi. Wszystkim. I Tobie, i nam. – Rozpędziła się i z euforii wstała, przewracając krzesło.
– A co, jeśli się mylisz, jeśli okaże się, że jestem wredną pindą, po czym wszyscy mnie znienawidzicie? – Słowa z trudem przechodziły mi przez gardło. Nie chciałam psuć jej humoru. Jest jeszcze młoda, dlaczego los nie mógł jej oszczędzić? Dlaczego ludzie nie mogli? Po globie krąży zbyt wiele bestii, by ten świat miał przyszłość. Ludzie cierpią fizycznie i psychicznie, popełniają samobójstwa, są wyśmiewani, poniżani, żyją w ubóstwie, na ulicach w upale i na mrozie, głodują, chorują, umierają. Nie mają rodzin, miejsca, do którego mogli by wrócić. A inni? Inni mają to tam, gdzie kończy się kręgosłup. Żyją zamknięci w swoich światach, zaślepieni przez egoistyczne zachcianki. Są znieczuleni na cierpienie innych. W głowach tych kreatur góruje „ja”. Biznesmeni, królewscy potomkowie, miliarderzy, dziedzice, każdy z nich ma tyle pieniędzy, że mogli by nimi wymiotować, a mimo to wciąż im mało. Są skąpi i nie pomogą nikomu. Gdyby chociaż jeden z tych nadętych, obrzydliwie bogatych snobów odpuścił sobie tego jedenastego mercedesa, albo szóstą plazmówkę do swojej piętnastopokojowej willi z basenem, w której mieszka z psem i przekazał pieniądze za nie biednym, to jestem pewna, że nie ucierpiałby zbyt mocno. Za to kilkunastu potrzebujących mogłoby być ocalonych. Problem tego świata polega na tym, że ludzie widzą tylko i wyłącznie swoje potrzeby i nieprzerwanie dążą do powiększania swojego majątku oraz pozycji kosztem bliźnich. I chociaż nieustannie czułam i byłam zmuszana do oglądania upadającego świata, sama niewiele z tym robiłam. Powód jest prosty: nienawidzę ludzi. Właśnie to czyni mnie takim samym śmieciem jak reszta populacji. Strasznie mi było szkoda Eli za to, co spotkało ją ze strony śmiertelników i nie chciałam niszczyć jej szczęścia i uśmiechu moimi wymysłami i tchórzowskimi wymówkami, ale to było silniejsze ode mnie. Dręczące myśli zżerały mnie od środka. Moje obawy były uzasadnione: po pierwsze zupełnie nie potrafiłam obchodzić się z ludźmi, czego świetnym przykładem jest moja kłótnia z Chrisem, po drugie jestem pewna, że wszyscy już o niej słyszeli i będą mieli jakieś uprzedzenia. Możliwe, że nie dadzą mi szansy na pokazanie siebie.
Odbieranie jej radości sprawiało, że sumienie wypalało mi dziurę w mózgu, wyrzuty sumienia z powodu ostatnich zdarzeń i mojego dziecinnego zachowania skręcały mi żołądek domagając się odprawienia pokuty za popełnione czyny. Spojrzałam na nią z wahaniem, wcześniej nie miałam na to odwagi, było mi wstyd. Wciąż się uśmiechała, sprawiała wrażenie niewzruszonej. Podziwiam ją za jej siłę, ja wciąż jestem jeszcze słaba. Jej moją nadzieją i motywacją, po mimo tak wielu krzywd pozostała diamentem bez skazy. Nie uszkodzona przez zatruty świat. Przynajmniej takie sprawia wrażenia, i choć jej aura promienieje czystością, nie potrafię dotrzeć do jej myśli. Nie wiem, jakie demony skrywa w sobie.
– Zamiast czekać, zacznij żyć, Vivianne. Nie martw się takimi drobnostkami. Wszyscy potrzebują trochę czasu na klimatyzację w nowym otoczeniu, a każdy odmienny charakter, jak już mówiłam, nadaje wartości naszej grupie. Ludzie miewają swoje złe dni, ale najważniejsza jest tolerancja i różnorodność. – Przez chwilę analizowałam jej słowa. Wiedziałam, że ma rację i nie mogłam się jej nadziwić. Taka młoda, a taka mądra. Gdyby tylko więcej ludzi myślało w ten sposób. Ci przeklęci rasiści, handlarze niewolników, i reszta powinni od dawna smażyć się w piekle.
Mówi się, że od czasu do czasu na świecie pojawiają się idioci, którzy chcą go zmienić. Wszyscy nazywają ich szaleńcami, bo mają własne, lepsze idee i pomysły na funkcjonowanie społeczeństwa. Ludzie powiadają wtedy, że porywają się z motyką na słońce, ale prawda jest taka, że to właśnie ci wariaci są tymi, którzy przewodzą rewolucją  i faktycznie ten świat zmieniają. Takimi szaleńcami są właśnie Wyrzutki, a przynajmniej taką mam nadzieję.
– Zaufam Ci, El – Z jej ust wydobył się okrzyk radości. Natychmiast złapała mnie za rękę i pociągając w stronę drzwi, wyciągnęła z łóżka. Z delikatnym uśmiechem na twarzy dałam się jej prowadzić. Nie mogłam być obojętna na jej euforię, którą emanowała.
Na szczęście nie zostałam przydzielona do pokoju w gabinecie pielęgniarki na trzecim piętrze w głównym budynku szkolnym, gdzie udzielano pierwszej pomocy. Gdyby tak było miałybyśmy problemy z wydostaniem się. Ochroniarze i nauczyciele stawali by nam na przeszkodzie. Ze szkolnego szpitala we wschodnim skrzydle o wiele łatwiej wyjść. Jako, że trafiają tam szczególne przypadki, dorośli założyli, że ktoś ze złamaniem, czy silnym wstrząsem mózgu raczej nie będzie chciał stamtąd zwiać.
* * *
      Otworzyłam powieki. W głowie nadal szumiało mi od namiaru zgromadzonej w organizmie energii. Im więcej ćwiczę, tym więcej czasu upływa od rozpoczęcia procesu podnoszenia mojego ciała i umysłu na wyższy poziom. Z każdym dniem czuję się coraz gorzej. Całe ciało mi drętwieje, przez co mam wrażenie, że nie należy do mnie, to nie są wibracje, które znam. W głowie mi szumi, wszystko widzę jakby w zwolnionym tempie. Jakby przeciążony zbyt dużą ilością informacji i odbieranych bodźców mózg nie nadążał ich przetwarzać. Cały otaczający mnie świat, włącznie z mym ciałem i umysłem był mi obcy. I wiem, że nic już nie będzie takie, jak dawniej, nawet moje myśli nie należały już do mnie. To, co powstało w wyniku zdobywania wiedzy i praktykowania zdolności parapsychicznych to już nie ja. 


~*~
Ufff, można się teraz troszkę odprężyć, bo w końcu udało mi się przepisać tekst. To dla mnie najgorsza część pisania, ale tak to już jest, jak się najpierw zapisuje na kartce - potem trzeba się męczyć z gubieniem linijek, słów, przekładaniem z miejsca na miejsce różnych karteluszek z fragmentami i porządkowaniem tekstu w kolejności.
Mam nadzieję, moje kochane żuczki, że i tym razem Wam się spodobało! ;)

Do następnego!
Pozdrawiam, WinterBlackrose